Pamiętam jeszcze czasy Windowsa XP — wtedy komputer był czymś, co się nie tylko „używało”, ale też realnie poznawało, bo co chwilę trzeba było coś naprawić, ustawić, zoptymalizować albo po prostu zrozumieć.
Potem pojawił się mój pierwszy prywatny laptop z preinstalowanym Windowsem Vistą. I paradoksalnie — to właśnie na Viście najbardziej nauczyłem się administracji komputerami. Sterowniki, zgodność, konfiguracje, problemy „z niczego” i szukanie rozwiązań krok po kroku: świetna szkoła cierpliwości i myślenia systemowego.
Na tym samym komputerze byłem też beta testerem Windowsa 7, a równolegle zacząłem przygodę z Linuksem, którego z czasem nauczyłem się administrować — już nie tylko „uruchomić i poklikać”, ale rozumieć logikę systemu, pracę z terminalem, usługami i konfiguracją.
Dalej szło już naturalnie: Windows 8, 8.1, 10 i obecnie 11 — obserwowałem te zmiany na żywo, w praktyce, w realnych zastosowaniach, a nie tylko z opisów aktualizacji.
Mobilne systemy: obserwacja „na własnej skórze”
W międzyczasie przez cały czas śledziłem, jak rozwijają się systemy mobilne. Miałem smartfon z Windows Mobile (nie mylić z Windows Phone) i dosłownie na własnej skórze obserwowałem, jak ten ekosystem umiera: coraz mniej aplikacji, deweloperzy rezygnujący ze wsparcia, rosnące ograniczenia i poczucie, że system zostaje z tyłu.
Później korzystałem już z Androida — w czasach, gdy był topowym wyborem i dawał największą elastyczność. Na kilka lat dałem się też zachwycić „magią Apple”: zacząłem używać zarówno iOS, jak i macOS i zobaczyłem, jak wygląda dopracowany ekosystem, spójność narzędzi i inne podejście do użytkownika.
Dziś: równolegle Windows, macOS, Linux — i teraz także ChromeOS
Mimo tych zmian Windows cały czas mi towarzyszył i towarzyszy — zawodowo i prywatnie. Tak samo jak macOS i Linux, bo każdy z tych systemów ma swoje mocne strony i sens w konkretnych zastosowaniach.
A obecnie dochodzi do tego również ChromeOS, którego także się uczę — również od strony administracji i zarządzania środowiskiem, a nie tylko „użytkowania”.